Serwis korzysta z plików cookies.
        LOGOWANIE  /  REJESTRACJA      

„Po pierwsze, każdy, kto poważnie pragnie zostać filozofem…”

Jadwiga Charzyńska

29 wrzesień 2015 roku

„Po pierwsze, każdy kto poważnie pragnie zostać filozofem, musi raz w swoim życiu cofnąć się do siebie samego i podjąć próbę zdobycia się w sobie samym na obalenie wszystkich obowiązujących dlań nauk i zbudowania ich na nowo” – pisał o znaczeniu filozofii Edmund Hurssel. – „Musi się ona stać jego mądrością, pozyskaną przezeń samego, dążącą do uniwersalizmu wiedzą, wiedzą, za którą może on odpowiadać od początku i na każdym kroku w oparciu o zdobyte przez siebie samego naoczne zrozumienia”.

Waldemar Bożeński posłużył się tą myślą we wstępie swej książki Pęknięty witraż. Człowiek w pułapce globalizmu, w której zastanawia się nad współczesną kondycją człowieka, zniewolonego chęcią posiadania, a przez to zatracającego umiejętność przeżywania. 

Rys. "New Religion (Sky)" Damiena Hirsta - wystawa "Nowa Religa", dzięki uprzejmości Paul Stolper Gallery w Londynie

Gdy Zola pisał Wszystko dla pań, współczesne metody i mechanizmy rozbudzania pogoni za dobrami materialnymi dopiero się kształtowały. Kupcy tworzyli pierwsze domy towarowe i wymyślali zachęty dla ewentualnego nabywcy, by odwiedził jego nowy, pełen wszelkich dóbr sklep, a nie szukał pojedynczych produktów w małych sklepikach czy kramach. Gdy w czasach studenckich mój znajomy pojechał „na Zachód”, dostałam od niego kartkę, gdzie obok pozdrowień była jedna wiadomość: „Tutaj nie jest sztuką coś wyprodukować, ale sprzedać!”  Kiedy w Polsce półki sklepowe świeciły pustkami i gdy wyczynem było zdobycie czegokolwiek, komunikat ów brzmiał abstrakcyjnie. Nastała zmiana i dziś także wiem, że podaż zazwyczaj przerasta popyt. Trzeba zatem włożyć sporo wysiłku, aby udowodnić, iż moja oferta jest lepsza niż konkurenta. Pod koniec lat 90. wielkopowierzchniowe supermarkety rozpoczęły uwodzenie naszego spragnionego reklamowanych wspaniałości społeczeństwa. Kapitał, z którym wkraczały do Polski, pozwalał im zaniżać ceny tak długo, aż poupadały nieprzystosowane do nowych czasów rodzinne sklepiki.

Wartość zjawisk artystycznych zaczyna być mierzona podobnie jak w  przypadku wytworów produkcji przemysłowej. Czyżby cały świat stał się supermarketem i tylko odpowiednie strategie marketingowe zapewnią w nim właściwy porządek? Czy ta galopada, natłok informacji i wszechobecne sondaże poprawią jakość naszego życia?  Nie bez powodu konsumpcjonizm i postczłowiek to wiodące tematy, podejmowane przez  takie ikony współczesnej sztuki jak choćby Gilbert&George czy Damien Hirst.

Duet Gilbert&George podczas wernisażu w CSW Łaźnia w 2011 roku, fot. archiwum CSW Łaźnia

Panowie Gilbert&George, przy okazji naszych spotkań związanych z ich wystawą „Gilbert&George. Jack Freak Pictures”, chętnie opowiadali o swojej twórczości w latach 60., gdy wbrew obowiązującym trendom czynili wszystko, by ich artystyczne przedsięwzięcia przyciągały uwagę jak największej liczby odbiorców. Dziś sukces artystyczny mierzony jest właśnie w oparciu o liczby zwiedzających i ceny dzieł. Ten duet świetnie jednak wykorzystuje ową tendencję, jednocześnie nie zapominając o zachowaniu unikatowości.

Rys. po lewej: "Jesus Carries His Cross"  Damiena Hirsta - wystawa "Nowa Religa", dzięki uprzejmości Paul Stolper Gallery w Londynie

Rys. po prawej: "The Holy Trinity", Damiena Hirsta - wystawa "Nowa Religa", dzięki uprzejmości Paul Stolper Gallery w Londynie

W 2012 roku londyńska Tate Modern Gallery z kolei pokazywała retrospektywną wystawę Damiena Hirsta, kontestującą współczesną rzeczywistość. Jego dzieła trawestują różne przejawy konsumpcjonizmu, choćby charakterystyczną dla niego wiarę w moc środków farmakologicznych. Obecnie wędrująca po Europie wystawa tego artysty pt. „Nowa Religia”, korzystając z ikonografii sakralnej, opowiada właśnie o fascynacji współczesnego człowieka potęgą medycyny. Na jej trasie jest także Gdańsk.

Natomiast w warszawskiej Zachęcie podjęto temat cytatu. Ostatnio pokazywana tam wystawa nosiła tytuł: „Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce”.  Cytowanie w sztukach wizualnych pojawiło się w awangardzie początku XX wieku, co wiązało się z odrzuceniem tradycyjnego, akademickiego  języka sztuki. A granica między cytatem i inspiracją a plagiatem i piractwem jest cienka.

Relatywizm wkradł się w nasze życie na wielu płaszczyznach. Przyczynił się do tego ogromny postęp w naukach ścisłych, jak też dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w ciagu ostatniego stulecia. XX wiek przyniósł nam przecież dwie wojny, modernistyczną architekturę, awangardę w sztuce, loty w kosmos i nowe porządki społeczne.

Rys. Mural Mariusza Warasa, Kolonia, Niemcy, 2013, fot. Mariusz Waras

W drugiej dekadzie XXI wieku znowu zmagamy się z widmem wojny religijnej i wybieramy się na Marsa, ale ludzka natura wciąż pozostaje taka sama... Tyle, że spieszymy się coraz bardziej.

Może najwyższy czas, aby się zatrzymać? Pokonać lęk przed ujrzeniem rzeczywistości taką, jaką ona jest? Bowiem w biegu obraz rozmywa się, czasem tylko wychwytujemy coś, lecz jest ono wyrwane z kontekstu i może zwodzić, i opowiadać rzeczy, którymi nasz umysł uzupełni niekompletny obraz. Zapewne,  jak rzekł Fernand Braudel, „pierwszą kwestią do rozważenia jest kwestia granic, z niej wynikają wszystkie pozostałe”.

Globalizacja i urbanizacja zrodziły sztukę uliczną, która przejawia się głównie w formie murali bądź graffiti. Oczywiście, mam tu na myśli szeroko rozumiane malarstwo. Jedna z gazet opisała człowieka, którego pasją jest dokumentowanie prac warszawskich grafficiarzy i którego nazywają z tego powodu Pan Wiesław Sokole Oko. Wystarczy szybki przegląd zasobów internetowych, aby przekonać się, że tą artystyczną aktywnością interesuje się rynek sztuki. Funkcjonują portale, które archiwizują i dokumentują najciekawsze malowidła, pojawiają się publikacje na ten temat. Ale wciąż niezbyt jasne wydają się granice obecności sztuki w przestrzeni publicznej, gdyż nie udało się zdefiniować tego zjawiska ani opisać jego prawdziwej roli. „Street art jest miarą współczesności i dobrze oddaje jej złożoność” – zauważają autorzy jednego z esejów w książce Między wolnością a anarchią. Street art. Warto do niej zajrzeć, bowiem jest tam poruszona kwestia uniwersalności sztuki ulicznej w kontekście kultury globalnej i lokalnej.

Rys. Mural Mariusza Warasa, Miami, 2010, fot. Mariusz Waras 

Street art często jest mylony z graffiti, uprawianym najczęściej przez członków różnych subkultur, którzy traktują to narzędzie jako jeden ze sposobów eksponowania poglądów swoich środowisk. Jak wiadomo, często działają oni nielegalnie. Osiedla zabudowane blokami z wielkiej płyty czy nowoczesne estakady powstałe na obrzeżach miast stały się naturalnym miejscem, gdzie rozwija się ta twórczość, w obu odsłonach: grafficiarskiej i street artowej. Zmienia się przy tym styl budownictwa. Blokowiska to relikt architektonicznej koncepcji powojennego modernizmu – i to nie tylko w Polsce – wynikającej z potrzeby budowy dużej ilości tanich mieszkań. Malowanie miast stało się modą, do czego przyczyniła się potrzeba renowacji tych budynków, w większości powstałych w drugiej połowie XX wieku. Badacze wciąż mówią o tym jako o zjawisku przede wszystkim społecznym, podczas gdy festiwale dedykowane street artowi zalewają nasze miasta, ugruntowując temu trendowi miejsce w historii sztuki współczesnej. Według badaczy  jest on odpowiedzią na palącą dziś potrzebę kontaktu z autentycznością, typową dla przedsięwzięć o charakterze lokalnym. Tak dzieje się obecnie w wielu metropoliach na świecie. Co istotne, niedawno Sejm Rzeczypospolitej Polskiej uchwalił długo oczekiwaną ustawę krajobrazową. Podejmuje ona dwa ważne zagadnienia, jakimi są reklama w przestrzeni publicznej i tzw. dominanta przestrzenna. Zapewne autorzy ustawy mieli także na myśli sztukę, która jako dekoracja lub/i  metoda na humanizację urbanistycznych kompleksów coraz śmielej pojawia się znowu na ulicach i placach, w formie rzeźb, instalacji czy małej architektury i malowideł, a czasem też „pełnokrwistego” malarstwa.

Rys. Mural Mariusza Warasa, Jerba, Tunezja, 2014, fot. Mariusz Waras

Cóż, nastąpiło przewartościowanie pewnych pojęć, a marketingowe strategie potrzebują „szufladek”, celem zdefiniowania, co jest produktem, a co już marką. Wszystko więc musi być policzalne, bo jak inaczej mierzyć? Może jednak warto zapomnieć o PKB i przelicznikach różnego rodzaju, mających na celu utwierdzanie nas w przekonaniu, że bogacimy się. Na usta aż ciśnie się pytanie, co przeważy: ego czy świadomość?

I wówczas trzeba się zastanowić, czy wartość pięknego wiersza da się przeliczyć na ilość osób, które go przeczytały?

 

Artykuł publikowany w magazynie „Zarządzanie Projektami” Nr 2(9)/2015

Komentarze

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!
Logo w stopce
KONTAKT

Portal zarzadzanieprojektami.org, Gdański Park Naukowo-Technologiczny
ul. Trzy Lipy 3, 80-172 Gdańsk
E-mail: biuro@e-zp.org
tel.: (+48) 501 794 318
Copyright © 2016. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Projekt i wykonanie Interaktywna PIQUA